Nowy sąsiad ma zawsze pod górkę.
Zamieszkał trzy działki od nas. Od razu poszliśmy się przywitać, wymieniliśmy poglądy na temat grodzenia się od strony rzeki, zastanowiliśmy,
jak poprowadzić ogród...
Któregoś dnia przechodzimy obok działki bezpośrednio sąsiadującej z jego
i słyszymy zaniepokojone głosy, rozważające możliwe scenariusze:
Ty widziałeś, ktoś wycina drzewa. Ale kto to? Jego działka, że tak się rządzi?
Wymieniliśmy wszystko mówiące spojrzenia. Bo czy nie łatwiej byłoby po prostu zapytać? Zagaić rozmowę, dowiedzieć się grzecznie, kim jest nowy sąsiad,
co robi i dlaczego?
Następnego dnia przychodzi kolega z naprzeciwka. – Ten nowy o wszystko się dopytuje, co on taki ciekawski? – zżyma się. – Kupił ziemię, będzie stawiał dom, chce się nas poradzić, bo mamy doświadczenie – próbujemy tłumaczyć nowego. – I ten jego synek taki jakiś za grzeczny – zastanawia się głośno sąsiad. – No to chyba dobrze, że grzeczny. Wolałbyś, żeby pyskował?
– dziwimy się. Ludzie mają zaskakująco dużo czasu na snucie domysłów.
Problem w tym, że inaczej byłoby... nudno. Polacy uwielbiają plotkować, intrygować, wyciągać wnioski z nikłych przesłanek. Więc jak jest okazja trochę napsuć krwi, zrobić złośliwą aluzję, zszargać opinię, nastawić wszystkich przeciwko, to w to nam graj. Przynajmniej coś się dzieje.
Za chwilę oczywiście będziemy pić razem wódkę – bo popadanie w ekstrema,
od nienawiści po wielką miłość, to kolejna nasza cecha narodowa.
Tylko czy nie lepiej od razu się na nią umówić?
x
środa, 20 sierpnia 2014
piątek, 6 czerwca 2014
Miejsko-wiejsko
To problem znany nie od dziś: chciałoby się inaczej niż się ma. Więc my, mieszkańcy domów z betonu, marzymy o świecie sielskim anielskim. A ci,
co naturalne piękno mają na co dzień – o życiu pod linijkę, ze stali i chromu.
– Jakoś nie widać już w okolicy takich typowych wiejskich ogródków:
z malwami, warszawiankami, marcinkami – zagaiłam rozmowę przy płocie wypasionej chałupy. Obejście okala klinkierowy murek z solidnym kutym ogrodzeniem, a podjazd do domu i stodoły wybrukowany jest betonową kostką bauma. Dzieło wieńczy szpaler przyciętych w kule bukszpanów. Na trawniku pod kuchennym oknem hit sezonu – metalowe kwietniki-rzeźby, które w słońcu puszczają zajączki. – Ach, bo to kupa roboty przy tym! Poza tym młodzi chcą inaczej. Nowe czasy, pani!
Bo ma być tak jak w mieście.
Owszem, nowy styl ma swoje plusy – nagle okoliczne wsie zrobiły się jakieś takie bardziej zadbane, eleganckie. Tylko jak to się ma do stojących opodal chlewów, pól, na których rozrzucono obornik, i malowniczych łąk z wijącą się Okrzejką? Do bocianich gniazd i grusz na miedzy? Bardziej pasowałby drewniany płot z glinianymi dzbanami na żerdziach i podjazd z płaskich kamieni. Uroku dodałaby zbita z pieńków ławka pod malowanymi okiennicami i ganek
z wiklinowymi meblami. A zamiast bukszpanów i tui – cynie, rudbekie i łubin
przed płotem.
I gdzieniegdzie tak jest. Z tym że to zwykle siedliska przyjezdnych. Stoją w nich meble za ciężkie pieniądze, które postarzono, by wyglądały na wiekowe, gliniane donice i wiklinowe kosze od najlepszych skandynawskich marek, lniane pledy, za które nie dałbyś złotówki, a tymczasem to podobno "produkt najwyższej jakości", i hit ostatnich lat – specjalnie niszczone, jakby sprane i wygryzione przez mole dywany od wielkich dizajnerów. Bardziej wiejskie od wsi.
I ani tubylcy nie są stuprocentowo miejscy, ani mieszczuchy stuprocentowo wiejscy. Choć bardzo by chcieli.
co naturalne piękno mają na co dzień – o życiu pod linijkę, ze stali i chromu.
– Jakoś nie widać już w okolicy takich typowych wiejskich ogródków:
z malwami, warszawiankami, marcinkami – zagaiłam rozmowę przy płocie wypasionej chałupy. Obejście okala klinkierowy murek z solidnym kutym ogrodzeniem, a podjazd do domu i stodoły wybrukowany jest betonową kostką bauma. Dzieło wieńczy szpaler przyciętych w kule bukszpanów. Na trawniku pod kuchennym oknem hit sezonu – metalowe kwietniki-rzeźby, które w słońcu puszczają zajączki. – Ach, bo to kupa roboty przy tym! Poza tym młodzi chcą inaczej. Nowe czasy, pani!
Bo ma być tak jak w mieście.
Owszem, nowy styl ma swoje plusy – nagle okoliczne wsie zrobiły się jakieś takie bardziej zadbane, eleganckie. Tylko jak to się ma do stojących opodal chlewów, pól, na których rozrzucono obornik, i malowniczych łąk z wijącą się Okrzejką? Do bocianich gniazd i grusz na miedzy? Bardziej pasowałby drewniany płot z glinianymi dzbanami na żerdziach i podjazd z płaskich kamieni. Uroku dodałaby zbita z pieńków ławka pod malowanymi okiennicami i ganek
z wiklinowymi meblami. A zamiast bukszpanów i tui – cynie, rudbekie i łubin
przed płotem.
![]() |
| nastrojowyogrod.pl |
![]() |
| img2.garnek.pl |
![]() |
| budujeszdom.pl |
I gdzieniegdzie tak jest. Z tym że to zwykle siedliska przyjezdnych. Stoją w nich meble za ciężkie pieniądze, które postarzono, by wyglądały na wiekowe, gliniane donice i wiklinowe kosze od najlepszych skandynawskich marek, lniane pledy, za które nie dałbyś złotówki, a tymczasem to podobno "produkt najwyższej jakości", i hit ostatnich lat – specjalnie niszczone, jakby sprane i wygryzione przez mole dywany od wielkich dizajnerów. Bardziej wiejskie od wsi.
![]() |
| static.pokazywarka.pl |
![]() |
| Square Space |
I ani tubylcy nie są stuprocentowo miejscy, ani mieszczuchy stuprocentowo wiejscy. Choć bardzo by chcieli.
Etykiety:
chrom,
cynie,
dzbany,
ganek,
kwietnik,
ławka,
łubin,
malwy,
okiennice,
ozdoby w ogrodzie,
podjazd,
rabata,
rudbekie,
Square Space,
styl rustykalny,
wiejski styl,
wiejskie kwiaty,
wiejskie rabaty,
wiklina
czwartek, 8 maja 2014
Jestem z miasta...
Polska A i Polska B. Zwykle wydaje nam się, że ta druga leży gdzieś daleko.
Że trzeba zapuścić się w głąb kraju, by uświadomić sobie, jak bardzo elitarną wyspą jest Warszawa. Tymczasem...
Przepraszam, czy jest tu gdzieś w pobliżu bankomat? – pytam w aptece młodą farmaceutkę, która taksuje mnie od stóp do głów. – Na rynku. Bo pani to wszystko jedno, jaki bank – stwierdza. – No właściwie wszystko jedno
– przyznaję i nie wiedzieć czemu czuję się winna. Już chcę odchodzić,
gdy przypominam sobie, że miałam kupić lekarstwo. – Jeden listek – decyduje farmaceutka. – Nie, całe opakowanie – poprawiam zmieszana.
Ryki, 120 kilometrów od stolicy, poniedziałek rano. Dla nas długi weekend majowy, dla mieszkańców zwyczajny dzień, w którym skrupulatnie trzeba odliczać czego, ile potrzeba, by przetrwać do jutra. Więc leki na listki, pieluszki na sztuki.
– ...i jeszcze 5 pomidorów – dorzucam na koniec długiej listy w warzywniaku.
– 15 zł – pada ostateczna kwota. U stóp trzy siatki warzyw i owoców, na twarzy zabarwione szczęściem zdziwienie, bo w Warszawie zapłaciłabym trzy razy tyle, w środku zakłopotanie – tutaj nikt tak dużo ze sklepu nie wynosi.
Obładowana siatkami przemykam ulicami miasteczka pod pręgierzem uważnych spojrzeń. "Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć".
Zapatrzeni w seriale i kolorowe gazety, bombardowani witrynami sklepów
z luksusowymi dodatkami do wnętrz, myślimy, że cały kraj odpoczywa
na Le Corbusierach, do galerii handlowych podjeżdża wypasionymi suvami,
a dzieci ubiera w markowe ciuszki od Benettona. A przecież zaraz za rogatkami wielkich miast ludzie piją herbatę ze szklanki za 5 zł, do spożywczaka tarabanią się zdezelowanym składakiem, a najmłodszym kupują spodenki za 7,90 zł,
i to od wielkiego dzwonu.
Czasem dobrze wybrać się na zakupy do Ryk. Żeby uprzytominć sobie,
że żyjemy w raju.
Że trzeba zapuścić się w głąb kraju, by uświadomić sobie, jak bardzo elitarną wyspą jest Warszawa. Tymczasem...
Przepraszam, czy jest tu gdzieś w pobliżu bankomat? – pytam w aptece młodą farmaceutkę, która taksuje mnie od stóp do głów. – Na rynku. Bo pani to wszystko jedno, jaki bank – stwierdza. – No właściwie wszystko jedno
– przyznaję i nie wiedzieć czemu czuję się winna. Już chcę odchodzić,
gdy przypominam sobie, że miałam kupić lekarstwo. – Jeden listek – decyduje farmaceutka. – Nie, całe opakowanie – poprawiam zmieszana.
Ryki, 120 kilometrów od stolicy, poniedziałek rano. Dla nas długi weekend majowy, dla mieszkańców zwyczajny dzień, w którym skrupulatnie trzeba odliczać czego, ile potrzeba, by przetrwać do jutra. Więc leki na listki, pieluszki na sztuki.
– ...i jeszcze 5 pomidorów – dorzucam na koniec długiej listy w warzywniaku.
– 15 zł – pada ostateczna kwota. U stóp trzy siatki warzyw i owoców, na twarzy zabarwione szczęściem zdziwienie, bo w Warszawie zapłaciłabym trzy razy tyle, w środku zakłopotanie – tutaj nikt tak dużo ze sklepu nie wynosi.
Obładowana siatkami przemykam ulicami miasteczka pod pręgierzem uważnych spojrzeń. "Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć".
![]() |
| 1.bp.blogspot.com |
Zapatrzeni w seriale i kolorowe gazety, bombardowani witrynami sklepów
z luksusowymi dodatkami do wnętrz, myślimy, że cały kraj odpoczywa
na Le Corbusierach, do galerii handlowych podjeżdża wypasionymi suvami,
a dzieci ubiera w markowe ciuszki od Benettona. A przecież zaraz za rogatkami wielkich miast ludzie piją herbatę ze szklanki za 5 zł, do spożywczaka tarabanią się zdezelowanym składakiem, a najmłodszym kupują spodenki za 7,90 zł,
i to od wielkiego dzwonu.
Czasem dobrze wybrać się na zakupy do Ryk. Żeby uprzytominć sobie,
że żyjemy w raju.
czwartek, 20 marca 2014
Sąsiedzi
Nazwaliśmy go Pielgrzymem. Bo wygląda jakby przeszedł pół świata. Długie siwe włosy à la hipis, taka sama broda. Lniane spodnie i sprany podkoszulek. Chodzi pochylony do przodu, z rękami założonymi za plecy, stawiając zamaszyste kroki. Codziennie robi obchód. Pomału bada każdą roślinę posadzoną w ogrodzie, a potem wychodzi przed furtkę i kilka razy przechadza się wzdłuż płotu. Tam i z powrotem. Kiedy go mijamy, spogląda uważnie,
ale nigdy nie skinie głową na powitanie. A przecież nasze działki dzieli zaledwie kilka domów, widział nas nie raz.
Czasem czuję się jak małpa w klatce. Ja w hamaku, oni po drugiej stronie płota. Przecież widzą, że ich widzę. Ale wcale nie czują się tym skrepowani. Przystają i bezczelnie obcinają dom. Nawet komentują. Za to dzień dobry nie uświadczysz.
Zjawia się raz w sezonie. Staje na skarpie i spogląda z dumą na ogród porośnięty chwastami. Siłą rzeczy jego wzrok musi prześlizgnąć się po naszym tarasie. I nic. Nie ciekawi go, co się działo przez rok na działce? Dlaczego nad rzeką jest powalone drzewo? Gdzie podziały się żerdzie z płota? Wizyta trwa nie dłużej niż pięć minut. Potem wsiada do samochodu i odjeżdża.
Sąsiedzi. Znani-nieznani. Każdy coś tam o sobie wie. Ale jeden drugiego unika. Człowiek ucieka przed anonimowym miastem, a trafia na anonimową wieś.
Zdjęcia: www.hdtv-sat.eu, www.cyfraplus.pl
czwartek, 13 lutego 2014
Z domowej spiżarni
Czas odwiedzić działkę. Co prawda za zimno jeszcze na nocleg, ale na pierwsze zbiory... czemu nie. Luty to najlepszy moment, by strząsać dojrzałe jagody jałowca. A przecież krzewów mamy pod dostatkiem. Jagody powinny już być ciemnogranatowe. Po zerwaniu trzeba je wysuszyć w nagrzanym do 35°C piekarniku. Skórka musi być pomarszczona, ale środek kleisty. Kilka garści wystarczy na cały rok – pasują do dziczyzny, wieprzowiny czy baraniny.
Zdjęcia: dancia.bloog.pl
Zdjęcia: dancia.bloog.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)











