x

x

sobota, 17 stycznia 2015

Na straży działek

Wydawałoby się, że poza sezonem nic się na działkach nie dzieje. Tymczasem w kronice wypadków garwolińskiej komendy powiatowej aż huczy od zdarzeń mrożących krew w żyłach.

"Brutalny mord w Gościewiczu" – czytamy w Kurierze Garwolińskim. Tuż przed świętami 40-letni mężczyzna postanowił zakończyć wieloletni spór z sąsiadką, więc... nabił ją na widły. "Zrobiłem to,
bo mnie obgadywała" – miał powiedzieć oskarżony podczas przesłuchiwań. "Zwłoki w Okrzejce"
– donosi ta sama gazeta z dnia 27 grudnia. "Pożar autobusu w Gończycach". Wreszcie informacja
o tym, jak dzielni stróże prawa zapobiegli samobójstwu: "Po raz kolejny policjanci swoim profesjonalizmem i właściwymi działaniami udowodnili, że stoją na straży nie tylko porządku
i bezpieczeństwa mieszkańców, ale także dbają o ich życie". 

Dobrze wiedzieć, że pod naszą nieobecność ktoś jednak czuwa.

Ilustracja: Piotr Socha





czwartek, 8 stycznia 2015

Planowanie czas zacząć

"Plany są niczym; planowanie jest wszystkim" – mówił Dwight E. Eisenhower. Więc Karol, choć święta jeszcze na dobre nie minęły, planuje. Oczywiście otwarcie sezonu. Jak co roku.

A ponieważ Goethe przypomina: "Co­kol­wiek za­mie­rzasz zro­bić, o czym­kolwiek marzysz, zacznij działać", to oprócz snucia planów, robimy pierwsze przygotowania. O, Tata na przykład dostał maczetę, żeby skutecznie rozprawić się z chaszczami po drugiej stronie rzeki. Karol zainstalował na komórce janosika, aby drogi na działkę nie zakłócały radary. A ja szukam inspiracji, jak ozdobić działkowe okna i odmłodzić kanapę. W nadziei, że "pierwsze koty za płoty", że "grunt to zacząć, dalej już samo pójdzie".







Na ziemię sprowadza nas Jędruś, dowodząc, że z tym planowaniem to jakoś nie zawsze wychodzi. Ale że jest sposób, jak je oszukać. – Co rok planuję, że przestanę pić – wyznaje. – I co? – pytamy szczerze przejęci jego noworocznym postanowieniem. – Nie wychodzi. – I co Pan z tym robi? – Planuję pić dalej.
Grunt to z niezrealizowanych planów wyjść z twarzą.

Zdjęcia: Impresje Home Collection

środa, 20 sierpnia 2014

Sąsiedzkie piekiełko

Nowy sąsiad ma zawsze pod górkę.

Zamieszkał trzy działki od nas. Od razu poszliśmy się przywitać, wymieniliśmy poglądy na temat grodzenia się od strony rzeki, zastanowiliśmy,
jak poprowadzić ogród...

Któregoś dnia przechodzimy obok działki bezpośrednio sąsiadującej z jego
i słyszymy zaniepokojone głosy, rozważające możliwe scenariusze:
Ty widziałeś, ktoś wycina drzewa. Ale kto to? Jego działka, że tak się rządzi?
Wymieniliśmy wszystko mówiące spojrzenia. Bo czy nie łatwiej byłoby po prostu zapytać? Zagaić rozmowę, dowiedzieć się grzecznie, kim jest nowy sąsiad,
co robi i dlaczego?

Następnego dnia przychodzi kolega z naprzeciwka. – Ten nowy o wszystko się dopytuje, co on taki ciekawski? – zżyma się. – Kupił ziemię, będzie stawiał dom, chce się nas poradzić, bo mamy doświadczenie – próbujemy tłumaczyć nowego. – I ten jego synek taki jakiś za grzeczny – zastanawia się głośno sąsiad. – No to chyba dobrze, że grzeczny. Wolałbyś, żeby pyskował?
– dziwimy się. Ludzie mają zaskakująco dużo czasu na snucie domysłów.

Problem w tym, że inaczej byłoby... nudno. Polacy uwielbiają plotkować, intrygować, wyciągać wnioski z nikłych przesłanek. Więc jak jest okazja trochę napsuć krwi, zrobić złośliwą aluzję, zszargać opinię, nastawić wszystkich przeciwko, to w to nam graj. Przynajmniej coś się dzieje.

Za chwilę oczywiście będziemy pić razem wódkę – bo popadanie w ekstrema,
od nienawiści po wielką miłość, to kolejna nasza cecha narodowa.
Tylko czy nie lepiej od razu się na nią umówić?

piątek, 6 czerwca 2014

Miejsko-wiejsko

To problem znany nie od dziś: chciałoby się inaczej niż się ma. Więc my, mieszkańcy domów z betonu, marzymy o świecie sielskim anielskim. A ci,
co naturalne piękno mają na co dzień – o życiu pod linijkę, ze stali i chromu.

– Jakoś nie widać już w okolicy takich typowych wiejskich ogródków:
z malwami, warszawiankami, marcinkami – zagaiłam rozmowę przy płocie wypasionej chałupy. Obejście okala klinkierowy murek z solidnym kutym ogrodzeniem, a podjazd do domu i stodoły wybrukowany jest betonową kostką bauma. Dzieło wieńczy szpaler przyciętych w kule bukszpanów. Na trawniku pod kuchennym oknem hit sezonu – metalowe kwietniki-rzeźby, które w słońcu puszczają zajączki. – Ach, bo to kupa roboty przy tym! Poza tym młodzi chcą inaczej. Nowe czasy, pani!

Bo ma być tak jak w mieście.



Owszem, nowy styl ma swoje plusy – nagle okoliczne wsie zrobiły się jakieś takie bardziej zadbane, eleganckie. Tylko jak to się ma do stojących opodal chlewów, pól, na których rozrzucono obornik, i malowniczych łąk z wijącą się Okrzejką? Do bocianich gniazd i grusz na miedzy? Bardziej pasowałby drewniany płot z glinianymi dzbanami na żerdziach i podjazd z płaskich kamieni. Uroku dodałaby zbita z pieńków ławka pod malowanymi okiennicami i ganek
z wiklinowymi meblami. A zamiast bukszpanów i tui – cynie, rudbekie i łubin
przed płotem.

nastrojowyogrod.pl

img2.garnek.pl

budujeszdom.pl

I gdzieniegdzie tak jest. Z tym że to zwykle siedliska przyjezdnych. Stoją w nich meble za ciężkie pieniądze, które postarzono, by wyglądały na wiekowe, gliniane donice i wiklinowe kosze od najlepszych skandynawskich marek, lniane pledy, za które nie dałbyś złotówki, a tymczasem to podobno "produkt najwyższej jakości", i hit ostatnich lat – specjalnie niszczone, jakby sprane i wygryzione przez mole dywany od wielkich dizajnerów. Bardziej wiejskie od wsi.

static.pokazywarka.pl

Square Space

I ani tubylcy nie są stuprocentowo miejscy, ani mieszczuchy stuprocentowo wiejscy. Choć bardzo by chcieli.

czwartek, 8 maja 2014

Jestem z miasta...

Polska A i Polska B. Zwykle wydaje nam się, że ta druga leży gdzieś daleko.
Że trzeba zapuścić się w głąb kraju, by uświadomić sobie, jak bardzo elitarną wyspą jest Warszawa. Tymczasem...

Przepraszam, czy jest tu gdzieś w pobliżu bankomat? – pytam w aptece młodą farmaceutkę, która taksuje mnie od stóp do głów. – Na rynku. Bo pani to wszystko jedno, jaki bank – stwierdza. – No właściwie wszystko jedno
– przyznaję i nie wiedzieć czemu czuję się winna. Już chcę odchodzić,
gdy przypominam sobie, że miałam kupić lekarstwo. – Jeden listek – decyduje farmaceutka. – Nie, całe opakowanie – poprawiam zmieszana.

Ryki, 120 kilometrów od stolicy, poniedziałek rano. Dla nas długi weekend majowy, dla mieszkańców zwyczajny dzień, w którym skrupulatnie trzeba odliczać czego, ile potrzeba, by przetrwać do jutra. Więc leki na listki, pieluszki na sztuki.

– ...i jeszcze 5 pomidorów – dorzucam na koniec długiej listy w warzywniaku.
– 15 zł – pada ostateczna kwota. U stóp trzy siatki warzyw i owoców, na twarzy zabarwione szczęściem zdziwienie, bo w Warszawie zapłaciłabym trzy razy tyle, w środku zakłopotanie – tutaj nikt tak dużo ze sklepu nie wynosi.

Obładowana siatkami przemykam ulicami miasteczka pod pręgierzem uważnych spojrzeń. "Jestem z miasta, to widać, słychać i czuć".

1.bp.blogspot.com

Zapatrzeni w seriale i kolorowe gazety, bombardowani witrynami sklepów
z luksusowymi dodatkami do wnętrz, myślimy, że cały kraj odpoczywa
na Le Corbusierach, do galerii handlowych podjeżdża wypasionymi suvami,
a dzieci ubiera w markowe ciuszki od Benettona. A przecież zaraz za rogatkami wielkich miast ludzie piją herbatę ze szklanki za 5 zł, do spożywczaka tarabanią się zdezelowanym składakiem, a najmłodszym kupują spodenki za 7,90 zł,
i to od wielkiego dzwonu.

Czasem dobrze wybrać się na zakupy do Ryk. Żeby uprzytominć sobie,
że żyjemy w raju.