x

x
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pałace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pałace. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2012

Wycieczki rowerowe (6)

Droga ostro pnie się pod górę, a potem robi się płasko jak na stole. Las ustępuje miejsca polom i łąkom, które ciągną się daleko po horyzont. I nagle pojawia się Jabłonowiec. Jak wąska łacha piachu na morzu zboża, kartofli i kukurydzy.
Gdy mijamy białą tablicę, asfalt się urywa, a jego miejsce zajmują kocie łby
– zresztą też tylko na chwilę, bo zaraz wciąga je piasek. W czasie suszy dalej
niż do połowy wsi nie pojedzie żaden samochód.
Tu zawracają wrony – mówią najstarsi. Zawraca też pekaes, który nie wiadomo
z kim i po kogo przyjeżdża do wsi codziennie o 9.00 i zatrzymuje się przy plastikowym przystanku, tam, gdzie na rozstaju wiejskich dróg stoi bielona wapnem kapliczka. Za każdym razem jest pusty. W obie strony. Autokar widmo. Przystanek widmo. Może i sama wieś to widmo.


Tymczasem Karol postanowił zbadać niezbadane i zapuścił się w lasy za wsią. Wziął rower, czapkę, bidon, rękawiczki kolarskie. I zniknął. Za pierwszym razem na godzinę, potem na dwie, na trzy... A co zobaczył, to opowiedział.

Więc wszystko zaczęło się na rozstaju dróg, zaraz za tablicą z nazwą wsi. Zwykle w tym miejscu wybiera się jedną z dróg prowadzących w prawo lub w lewo, Karol pojechał na wprost, na północ. Po chwili minął kolejny rozstaj dróg, tym razem z drewnianym krzyżem, i wjechał w las. Droga najpierw prowadziła piaszczystym wąwozem, by wkrótce rozbić się na Torfowiskach Orońskich
i z impetem wpaść prosto na malownicze stawy.


Pomost na stawach.


Widok na stawy niedaleko Torfowisk Orońskich.

Za stawami droga wygramoliła się ociężale na niewielkie wzgórze, z którego widać już było Oronne i zamek Zamoyskich w Podzamczu. Tu Karol zboczył lekko na wschód, by po chwili wjechać w dość szeroką aleję wysadzaną starodrzewem i wyłożoną kocimi łbami. Podjął trop. Doświadczenie podpowiadało, że aleja dokądś go zaprowadzi.
I rzeczywiście, wkrótce wśród drzew ukazał się stary dwór. Okazało się, że to dawny majątek hrabiego Andrzeja Zamoyskiego w Godziszu. Zamoyscy kupili go w XVIII wieku od Potockich i byli jego właścicielami do czasu II wojny światowej.
Majątek liczył 87 domów i 500 mieszkańców.
Obecny budynek, drewniany i oszalowany, z dwiema werandami, powstał
około roku 1934. Zachowały się też resztki parku krajobrazowego założonego
w I połowie XIX wieku z okazami starodrzewu dębów, wiązów i dwóch topól
przy alei wjazdowej. Dwór jest w dobrym stanie, mieszka w nim kilka rodzin.


Aleja prowadząca do dworu.


Dwór w Godziszu.

Kolejna rowerowa wycieczka zaprowadziła Karola na północny wschód od Jabłonowca. Nazwa miejscowości: Kaleń. Znalezisko: pozostałości grodziska
z czasów... Kazimierza Wielkiego. Grodzisko nie należało do dużych, miało typowy dla XIV wieku kształt kwadratu, a położone było na wyspie otoczonej fosą.
Tam, gdzie dziś rośnie jabłoń, stał prawdopodobnie murowany dwór (archeolodzy znaleźli odłamki cegieł), w którym mieszkał królewski starosta. Fosa dookoła grodziska jest prawie wyschnięta, więc Karol bez problemu dostał się na okalający ją wał. I tylko nikt z mieszkańców Kalenia nie potrafił mu bliżej powiedzieć, co zwiedza. Dopiero po powrocie do domu rozczytał się
w historii miejsca.




A wracał za każdym razem inną trasą, często zbaczając, klucząc wśród leśnych duktów, odkrywając stawy i drogi niezaznaczone nawet na mapie. Raz wyjechał przy ośrodku, kiedy indziej trafił do Prandocina sąsiadującego z torami kolejowymi (wsi o tyle ciekawej, że zachowały się w niej stuletnie chałupy),
to znów do dalekich Kobusów czy uroczej Malamówki przytulonej do lasu.
Aż wreszcie do…no właśnie, dokąd? Na jednej z chałup widniał adres „Komory”, dwa domy dalej tabliczka wskazywała na „Kruszynę”, a kolejna za patrona
na wszelki wypadek obrała obie miejscowości. Wieś-schizofrenik.


Prandocin


Łubin w Prandocinie


Malamówka

Wycieczkom nie ma końca. Teraz na każdą wyprawę Karol zabiera jeszcze kompas i mały notatnik, w którym opisuje odkryte drogi. Bo okazuje się,
że nawet sto kilometrów od stolicy wciąż jeszcze istnieją białe plamy na mapie.








poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Wycieczki (4) Maciejowice

Niedawno przeczytałam kolejny felieton Tessy Capponi: znana Włoszka, która do „Kuchni” i „Twojego Stylu” pisuje o kulinariach, a w katedrze filologii włoskiej wykłada historię Włoch, co rok w czerwcu wyjeżdża na wakacje do swojej rodzinnej Toskanii i zaszywa się w posiadłości Calcinaia. Nie ma
dla niej lepszej rozrywki jak wyprawa każdego ranka do pobliskiego Greve in Chianti na targ. Po takiej wycieczce długo jeszcze wspomina piętrzące się
na straganach karczochy, złote kwiaty cukinii i świeże pomidory, z których
jej kucharka przyrządza smakowity sos do makaronu.
Pomyślałam sobie: cóż, nie dane nam było zamieszkać w XV-wiecznym pałacu otoczonym rozległymi winnicami, ale targ – owszem i my mamy, też swojski
i pachnący, i może nie co dzień, ale od czasu do czasu chętnie zaglądamy
na kolorowe stoiska. Więc jest prawie jak w Chianti.

Mowa o targu w Maciejowicach, który rozkłada się pod ratuszem na głównym placu miasteczka w każdą sobotę rano. Pod wrażeniem felietonu postanowiłam przypomnieć sobie klimat naszego lokalnego targowiska i kazałam się wieźć
na zakupy. Czego tam nie było: warzywa, owoce, kosze wiklinowe, skarpetki
po 10 złotych tuzin. Dla warszawiaka to raj – za pieniądze, które w stolicy wydaję na same ogórki do kwaszenia, tu kupiłam jeszcze dorodny koper, chrzan i świeżo ukiszoną kapustę. Nie mówiąc już o tym, że pod ręką miałam
też do wyboru ogromne słoje i kamionki.

Ale tym razem na buszowaniu po targu się nie skończyło – Karol zaproponował, żeby nieco dłużej porozglądać się po Maciejowicach. Doszły nas bowiem słuchy, że 27 czerwca 1792 roku miasteczko kupiła Konstancja z Czartoryskich Zamoyska, wdowa po Andrzeju Zamoyskim, kanclerzu wielkim koronnym,
za sumę 1 460 000 złotych polskich. I że w okolicy wciąż stoi pałac wielkiego rodu. Więc już nie tylko targ, ale i posiadłość mamy. Choć nie naszą.

Zwiedzanie miasteczka zaczęliśmy od neogotyckiego kościoła
pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, powiększonego i przebudowanego w 1880 roku przez Leandra Marconiego, z piękną klasycystyczną dzwonnicą. Na tyłach kościoła wznosi się mauzoleum Zamoyskich zbudowane w 1908 roku według projektu Xawerego Makowskiego. Zostali w nim pochowani właściciele dóbr maciejowickich od Stanisława Kostki Zamoyskiego poczynając. Granitowy grobowiec jest niezwykle okazały i monumentalny, może nawet zbyt toporny, chwilami ciężki i za bryłowaty,
ale robi wrażenie. W kutej furtce - charakterystyczny herb Zamoyskich, Jelita,
jeden z najstarszych polskich herbów.

Trochę na azymut, trochę na tak zwanego czuja, ruszyliśmy w poszukiwaniu pałacu. Kierunek Podzamcze.
Po drodze minęliśmy pomnik Tadeusza Kościuszki
z pamiątkowym kamieniem
i lasem błyszczących
w słońcu stalowych kos, i już powoli zaczęliśmy się niepokoić, czy aby nie przeoczyliśmy naszego celu. – Jakbyś budowała pałac, to gdzie byś go usytuowała? – zapytał Karol, rozglądając się niepewnie na obie strony.
– Na wzniesieniu, w cieniu starodrzewu, z widokiem na łąki i stawy – szybko wyrecytowałam. – No właśnie, tylko że tu płasko jest jak na dłoni – zmartwił się.
I wtedy właśnie szosa lekko zaczęła się piąć pod górę, a na szczycie wzniesienia, po lewej, zamajaczyła brama i odremontowany pałac w stylu klasycystycznym. – To jest ten pałac? – Karol patrzył z niedowierzaniem.
– Przecież on podobno stoi opuszczony – próbował przypomnieć sobie fragment tekstu, który czytał tuż przed wyjazdem.
Jak się okazało, była to, (!) tylko, pałacowa oficyna zbudowana w połowie XIX w. (dzisiaj znajduje się w niej Izba Przyrodnicza im. Jana Pawła II, a przed budynkiem rośnie zasadzony przez polskiego papieża mały dąbek).
Główny pałac natomiast, w stylu dojrzałego klasycyzmu,
położony jest nieco w głębi i faktycznie znajduje się w opłakanym stanie.


Zbudowany został na początku XIX wieku z inicjatywy Stanisława Kostki Zamoyskiego według projektu Fryderyka Alberta Lessla. Ma dziewięcioosiową elewację z boniowanym parterem i czterokolumnowym portykiem, który dźwiga balkon z żeliwną balustradą. Całość wieńczy schodkowa attyka. Przed portykiem - pas zieleni, który kiedyś musiał być kolorową rabatą, i pamiątkowy kamień z informacją, że w tym miejscu pod starą lipą odpoczywał ranny w bitwie pod Maciejowicami Tadeusz Kościuszko. Dalej między drzewami ścieżka prowadząca zapewne do dawnego ogrodu. Skusiła nas, więc, porzucając
na chwilę pałac, pobiegliśmy zobaczyć, gdzie nas zaprowadzi.

Teren gwałtownie tu opada,
a gdy miniemy szpaler lip, wychodzi się wprost na romantyczną neogotycką basztę, która stanowiła
część pałacowych stajni.
Ogród, w stylu angielskim, założył co prawda Stanisław Kostka Zamoyski,
ale pod czujnym okiem swojej teściowej Izabeli z Flemingów Czartoryskiej, która,
zważywszy na słynny park
w Puławach, niewątpliwie
miała w tej materii już pewne doświadczenie. Do dziś
z dawnego parku zachowały się pięćsetletnie dęby
i sędziwe lipy.

Jak na pałac przystało,
w Podzamczu był też
młyn wodny
i stawy. Spod neogotyckiej baszty ruszyliśmy
w prawo w kierunku łąk
i doszliśmy do niedużej tamy
i wartko płynącej Okrzejki. Potem przez wysokie chaszcze wyszliśmy nad stawy, gdzie mieszkańcy Maciejowic urządzili sobie plażowisko. Naokoło, mijając kolorową kapliczkę z herbem Zamoyskich,
dotarliśmy do samochodu.

Nie chcieliśmy wracać
na działkę przez Maciejowice, więc pojechaliśmy prosto
na Oronne. Po lewej między Oronnem a Sobolewem minęliśmy słynne pole bitwy,
po czym zboczyliśmy na prawo
w kierunku na Grodisz. I tu się zaczęło. Bo gdy minęliśmy Grodisz, szosa nagle się skończyła i wjechaliśmy w las. Piaszczystą drogą podążaliśmy dobre 15 minut,
żeby następnie wjechać
komuś na podwórko, po czym nareszcie zatrzymać się
na przejeździe kolejowym.
Jest pociąg, jest nadzieja.
Można by pojechać wzdłuż torów i w ten sposób prędzej
czy później trafilibyśmy
do swojej wsi, ale wzdłuż torów nie prowadziła żadna droga. Na szczęście,
po chwili kluczenia, odnaleźliśmy asfalt, a stąd już kawałek dzielił nas od Damianowa i dworku w Korytnicy. Dobrze było wjeżdżać w znane sobie okolice.
I tylko nasz dom wydał się po tej wycieczce nieco za skromny.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Wycieczki (2) stare dwory

Żeby dotrzeć na działkę, trzeba zjechać z trasy Lubelskiej. Można skręcić na Korytnicę lub na Trojanów. Pierwsza trasa jest bardziej urozmaicona, druga prowadzi wzdłuż malowniczych stawów. Ale jedna rzecz je łączy - przy każdej stoi stary dwór.
Ten w Korytnicy został zbudowany w połowie
XIX wieku w stylu klasycystycznym.
Ma dwukondygnacyjną część środkową i kolumnowy portyk. Prowadzi
do niego stara aleja,
na której końcu
jakiś zmyślny ogrodnik wypielęgnował
kolorową rabatę.
Pięknie odrestaurowany,
z murowanymi zabudowaniami gospodarczymi
i kamienną bramą, należy do prywatnych właścicieli. Nie znalazłam o dworze bardziej szczegółowych informacji. Próbowałam namówić właścicieli na zwierzenia i sesję do Werandy, w której pracuję, ale bez powodzenia.

O neorenesansowym dworze w Trojanowie wiadomo znacznie więcej. Pierwsze wzmianki o wsi pojawiły się już w XVI wieku. Wtedy to powstał folwark rodziny Trojanowskich z wsiami Dudki, Ruda, Żabianka,
Wsią Wolą
(czyli Majdanem Starym),
Wsią Dębniak (czyli Wólką)
oraz folwarkiem Majdany.
Na przełomie XVIII i XIX wieku majątek przeszedł w ręce Mędrzyckich. Nowi właściciele założyli park krajobrazowy z geometrycznymi alejami i stawami rybnymi: Dużym Zagłobą, Łodzią i Goplaną.
Kiedy w 1868 roku Bronisława z Mędrzyckich wyszła za mąż za Alfonsa Ordęgę, ziemię przejęła rodzina Ordęgów. Na miejscu dawnego folwarku pojawił się, do dziś istniejący, dwór zaprojektowany przez Bolesława Podczaszyńskiego, słynnego w tamtych czasach architekta, autora m.in. fontanny na dziedzińcu przed pałacem w Wilanowie (jego dziad Jan Podczaszyński był nadwornym budowniczym Radziwiłłów).
Nowy właściciel, Alfons Ordęga, budził we wsi duże kontrowersje. Starsi ludzie powiadali, że bratał się z diabłem, który przybierał postać królika. Niejeden widział podobno, jak dziedzic wymykał się do parku, gdzie w towarzystwie nietypowego gościa raczył się drugim śniadaniem. W takie dni w pałacu działy się niestworzone rzeczy, na przykład okna i skrzynie same się otwierały,
i służba uciekała w popłochu na pola.
Generalnie jednak rządy Ordęgów podobały się okolicznym mieszkańcom. Jaśnie Państwo czynnie angażowali się w życie lokalnej społeczności. I tak Bronisław Ordęga, syn Alfonsa, prowadził gospodarstwo rybne, które rozsławił również za granicami kraju – zdobył nawet srebrny medal Towarzystwa Rybackiego w Petersburgu. Z kolei z inicjatywy syna Bronisława Ordęgi, Stanisława, powstała pierwsza w okolicy szkoła – w czworakach przy drodze do Grąda młody dziedzic wydzielił dla uczniów osobną izbę.
Na marginesie, losy Stanisława nie potoczyły się szczęśliwie. Wydziedziczony za mezalians, w 1918 roku podczas wspólnego obiadu zastrzelił w pałacu matkę i siebie. Dwór odziedziczyła wtedy siostra Stanisława, Bronisława Ordęgówna
– chłopi ubóstwiali pannę, ale ta niedługo opuściła majątek.
W latach trzydziestych zarządcami pałacu zostali kolejno Złotowski
i Remiszewski. We dworze mieścił się w tym czasie pensjonat, do którego przyjeżdżało sporo zagranicznych gości. Po drugiej wojnie światowej pałac został zniszczony, większość zabytkowych detali rozkradziona, rządówka, obora i magazyn zbożowy popadły w ruinę. Majątek przejęło Państwo – początkowo pałac został zagospodarowany na biura PGR, potem gościł Urząd Gminy, Ośrodek Zdrowia, bibliotekę, pocztę, a nawet posterunek milicji. Dopiero kilka lat temu zajęli się nim prywatni właściciele, w zeszłym roku została wyremontowana część dachu i wieżyczka typu włoskiego, w tym sezonie pojawiła się już brama.
Zdarza się, że na wysokości pałacu drogę zastępują nam łabędzie, bo do szosy po obu stronach przylegają dworskie stawy. Zamiast tuż za dworem skręcić
na działkę, czasem odbijamy w lewo i podjeżdżamy do wspomnianej wsi Grąd, gdzie stoi młyn wodny z przełomu XVIII i XIX wieku. Pierwotnie napędzany był na dwa koła wodne, po I wojnie światowej zastąpiła je turbina, a w 1947 roku został przystosowany do napędu elektrycznego. Teraz jest nieczynny. Ale kto wie, może i o nim pomyślą kiedyś nowi właściciele pałacu.

P.S. Obie trasy (ta prowadząca obok Korytnicy
i druga, która mija Trojanów)
spotykają się przy sklepie
w Woli Życkiej.
I tu, na wysokości mostka, stoi trzeci dwór.
W różnych opisach figuruje jako dwór
w Życzynie.
Pochodzi z XIX wieku,
ale został solidnie przebudowany i nie z każdej strony nam się podoba.
Za to zabudowania gospodarcze ma niczego sobie - największe wrażenie
robi na nas pokaźnych rozmiarów obora z czerwonej cegły.


Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron:
www.hugo.bikestats.pl, www.dwory.cal.pl oraz www.polskiezabytki.pl