x

x

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Kanikuła

"Bez próżnowania nie ma prawdziwego szczęścia" - pisał Antoni Czechow.
Więc usprawiedliwieni wielką literaturą - próżnowaliśmy. Przynajmniej próbowaliśmy.

Zaczęło się niewinnie. Na nasze luźne dywagowanie o tym, że warto by umyć dach domu, sąsiad zareagował spontanicznym okrzykiem: "Ja mam świetny karczer, poczekajcie, przyniosę". No a jak przyniósł, grzechem było nie skorzystać. Na co zjawił się drugi sąsiad, a widząc, że robota pali nam się
w rękach, stwierdził, że on przemyślał nasze sugestie odnośnie cięcia i doszedł do podobnych wniosków i gdybyśmy chcieli, to on już zniósł drabinę i jest zwarty i gotowy.
Cóż, cięcia Tata z Karolem nigdy nie odmówią. Dziwne odgłosy i nawoływania zwabiły wreszcie sąsiadkę, która bez pardonu oznajmiła, że potrzebuje mężczyzny, bo jej własny gdzieś pojechał,
a jej się pali, sama nie poradzi, więc czy przypadkiem Karol by nie pomógł z robotą. Słabej płci
przecież nie wypada zostawić w potrzebie. Karol poszedł, zmachał się, ale pomógł. 
Na tym upłynęło przedpołudnie. Nastał czas sjesty. Nie ma to jednak, jak troskliwi sąsiedzi,
którzy czuwają, by nikt się nie nudził. Sąsiad od karczera, widząc na naszej działce dziwny zastój, zaproponował po ciężkiej pracy relaks w postaci spływu kajakiem. Problem w tym, że aby spłynąć Okrzejką, najpierw trzeba się naharować i powiosłować w górę rzeki. Niby się nie chce, ale kajak kusi, przypominają się młodzieńcze lata i biwaki nad Hańczą, Tata coś zaczyna mięknąć. Po pół godzinie zapada decyzja: płyniemy.
I już by się wydawało, że więcej atrakcji los nie przewidział, że fajrant, luz do końca dnia. Ale gdzie tam! Poszliśmy na spacer na łąki - że niby na sianie się wyłożymy i poczujemy jak w raju. Jak na złość, siano właśnie przewracał traktor, hałasując na całą okolicę. Wróciliśmy więc do siebie, ale ledwo zalegliśmy na leżakach, sąsiedzi zeszli na plażę, rozstawili grilla, włączyli letnie disco i kazali się przyłączyć.
Tu zabrała głos Mama (jak wszystkie mamy słynąca ze smrodku dydaktycznego), przekonując, że od czasu do czasu wypada się z sąsiadami trochę pobratać i nic nam się nie stanie, jeśli raz na sezon zjemy wspólną kiełbasę i wypijemy lufkę. Chciał nie chciał, trzeba było przyznać rację. Z tym, że lufek wyszło nieco więcej i o północy wszyscy padli jak zabici. 

Następnego dnia rano wstąpiła w nas nadzieja. Sąsiedzi po wczorajszej libacji pochowali się do domów. Już się ucieszyliśmy na prawdziwą kanikułę rodem z Czechowa, gdy dał o sobie znać nieodłączny towarzysz wszelkiego sąsiedzkiego bratania się przy lufce - kac. I znowu nic nie wyszło z odpoczywania, długi weekend minął nie wiadomo na czym i nie wiadomo kiedy, a do pracy wróciliśmy jeszcze bardziej urobieni niż przedtem. Prawdę mówił nasz rosyjski mistrz: "Prawdziwe szczęście jest niemożliwe
bez samotności". 

Zapowiada się przyjemnie.

Weź człowieku i odpoczywaj.

Prawie jak u Czechowa.




środa, 20 maja 2015

Akcja "rzeczka"

Brzeg, umacnianie brzegu - powtarzałam to jak mantrę na redakcyjnych kolegiach, bo jak człowiek słyszy o tym od młodości, każdego sezonu, wydaje mu się, że sprawa jest paląca. I właściwie chyba jest.
Choć tak naprawdę nie chodzi tu wcale o metody wzmacniania (czy progi na zakolach są skuteczne?; profesjonalnie - matami przeciwerozyjnymi czy naturalnie - faszyną?), ile o samą ideę tego przedsięwzięcia.

Bo jakoś tylko nielicznym spośród naszej działkowej społeczności ten problem spędza sen z powiek. Chcemy przecież, żeby było ładnie, żeby miło się schodziło do rzeki, no i żeby choć optycznie działki wydały się większe. Pozostali od Okrzejki się odwracają, nie chcą/nie potrafią (?) docenić jej uroków, pozwalają zniknąć w gęstwinie trzcin, pokrzyw i zwalonych przez bobry drzew. A przecież Okrzejka
to największy atut tej okolicy. Ludzie zaciągają ciężkie kredyty, by mieć letnisko z widokiem na wodę.
A ci, którzy mają ją na wyciągnięcie ręki, zdają się sprawę ignorować.

Nie rozumiem. I chyba nie chcę zrozumieć.


Akcja "rzeczka" powtarza się zwykle co rok-dwa, w zależności od tego, jak bardzo Okrzejka wylała na wiosnę i jak dużo narobiła szkód.

Brzeg trzymają w ryzach dębowe pale przetykane faszyną. Na dnie leżą podkłady kolejowe, następnie kolejno kamienie, żwir rzeczny, igliwie i suche liście, znowu żwir
i dobra ziemia.

Na świeżo usypanej ziemi widać pierwsze źdźbła młodej trawy. Pale wbite w dno rzeki dodatkowo wzmacniamy metalowymi obręczami, żeby nie popękały.









sobota, 2 maja 2015

Wiosno, ach to ty!



Dwa tygodnie na działce - to zdarza się rzadko, zwłaszcza na wiosnę. Z uwagą śledziłam więc każdą zmianę w naturze. Nareszcie był na to czas. W oczach rozwijały się pąki. Nagle zakwitły śliwy i forsycje, i równie nagle wszystkie kwiaty opadły. Wieczorem stawy milczały, a o poranku rozbrzmiewały skrzekiem żab. I nie wiadomo kiedy w budce dla ptaków pojawiły się małe. 
Gdy przyjechaliśmy, aura nie nastrajała letniskowo. Dziś zieleń aż kipiała.




Druga połowa kwietnia, a pogoda, krajobraz, atmosfera jak późną jesienią. Mroźny wiatr nie sprzyja spacerom,
na drzewach ani jednego listka, na działkach żywego ducha.

Ślady życia widać tylko na drzewach - bobry zrobiły swoje.
A potem wszystko ruszyło...





czwartek, 16 kwietnia 2015

Klamka zapadła

Ostatni dzień w "Werandzie". Na pożegnanie wymarzona okładka, tylko dla mnie,
i hit numeru, coś, co proponowałam niemal na każdym planowaniu (to naprawdę poważny problem dla tych, co siedlisko mają nad wodą), a na co zawsze jakoś brakowało miejsca: 1001 sposobów umacniania brzegu! ;)

No i teraz nie ma zmiłuj - muszę coś o tym umacnianiu napisać...

Więc do usłyszenia - jadę na działkę, trzeba zrobić notatki i wszystko dokładnie obfotografować.



środa, 15 kwietnia 2015

Sezon uważam za otwarty

...choć pusto jeszcze na działkach, sennie, mało zielono, dymek z ogniska ni to jesienny, ni wiosenny. Przecież już kwiecień, ale tak jakoś nostalgicznie.



Ni mniej ni więcej postanowiłam stworzyć wakacyjną scenerię, by poczuć się jak na letnisku przystało. Ledwo jednak ową scenerię stworzyłam, o mało zaraz nie straciłam rekwizytów. Jak spod ziemi pojawiła się bowiem Szalona Mary (znać poczuła wiosnę, bo ruszyła na dziadowskie polowanie), łypnęła na lampkę solarną ładującą się przy furtce (bo akurat tam było największe słońce) i pyta, czy potrzebna.
No ba!


IKEA