Nie chce mi się
- Przyniesie nam Pan kurek i jagód na jutro? - pytamy Jędrusia
w piątek wieczorem.
- Kurek to przyniosę, ale jagód... - waha się Jędruś. - A ile?
- Słoik, jak zwykle.
- Ojej, bo to tak niewygodnie zbierać taką drobnicę - marudzi.
- Ale słoik to niedużo, raz dwa się Pan z tym uwinie - zachęcamy.
- Noooo dooobrzeee... - zgadza się w końcu.
Następnego dnia przynosi same kurki.
- A jagody? - pytamy.
- Ojej, mnóstwo ich w lesie przecież. Zbierzecie sobie sami.
Kazał Pan...
Ja jestem lojalny
Ponieważ przeczuwamy, że Jędruś znów nawali, nagabujemy przypadkiem spotkanego Żółwia. - Przyniesie Pan jagód?
- Przyniosę, a ile?
- Tak niecały słoik. Zamówiliśmy już u Andrzeja, ale nie wiadomo,
czy przyniesie - nieopacznie dodajemy.
- To nie przyniosę. Jak zamówiliście u Andrzeja, to ja nie będę wchodził
mu w paradę.
- Ale my weźmiemy i od Andrzeja, i od Pana, do Warszawy zabierzemy
- tłumaczymy.
- No nie wiem, nie wiem. Zobaczę.
Nie przyniósł. Nie zarobił. Kapitalizm jeszcze się na działkach
nie przyjął.
x
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą działkowa przedsiębiorczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą działkowa przedsiębiorczość. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 lipca 2012
środa, 14 września 2011
Działkowa przedsiębiorczość (2)
Scena przed furtką. Początek maja. Żółw zsiada z roweru i zaczyna męczyć
tatę o 10 złotych na piwo. Tata jest tym razem nieugięty, bo przez ostatnie
dwa tygodnie pożyczał już trzy razy. – Co to ja jestem, kasa zapomogowa?
– denerwuje się. Żółw, widząc, że nic nie ugra, chwyta się ostatniej deski ratunku. A jagód nie trzeba? – pyta z nadzieją w głosie. – Jagód?! Przecież
w maju jagód jeszcze nie ma! – odpowiada wzburzony tata. – Będą jagody,
będzie pożyczka – kończy triumfalnie dyskusję.
Scena na tarasie. Początek września. Żółw nie tylko, że nie prosi już o pożyczkę, ale jeszcze przedstawia ofertę owoców stosowną do pory roku.
– Ogórki do kwaszenia, wiśnie, orzechy laskowe? – zasypuje propozycjami. Okazuje się, że swoją pracę zorganizował na wzór dobrze prosperujacych biznesów: obowiązki podzielił między siebie a wuja i zamknął w sztywnych ramach dwóch działów, marketingu i produkcji. On krąży po działkach
i zbiera zamówienia, wuj idzie do lasu/ sadu/ na pole i przynosi tyle, ile potrzeba.
Co by się potem nie marnowało. Słowem, produkcja dostosowana do aktualnych wymagań rynku.
Oto jak nauka nie idzie w las.
tatę o 10 złotych na piwo. Tata jest tym razem nieugięty, bo przez ostatnie
dwa tygodnie pożyczał już trzy razy. – Co to ja jestem, kasa zapomogowa?
– denerwuje się. Żółw, widząc, że nic nie ugra, chwyta się ostatniej deski ratunku. A jagód nie trzeba? – pyta z nadzieją w głosie. – Jagód?! Przecież
w maju jagód jeszcze nie ma! – odpowiada wzburzony tata. – Będą jagody,
będzie pożyczka – kończy triumfalnie dyskusję.
Scena na tarasie. Początek września. Żółw nie tylko, że nie prosi już o pożyczkę, ale jeszcze przedstawia ofertę owoców stosowną do pory roku.
– Ogórki do kwaszenia, wiśnie, orzechy laskowe? – zasypuje propozycjami. Okazuje się, że swoją pracę zorganizował na wzór dobrze prosperujacych biznesów: obowiązki podzielił między siebie a wuja i zamknął w sztywnych ramach dwóch działów, marketingu i produkcji. On krąży po działkach
i zbiera zamówienia, wuj idzie do lasu/ sadu/ na pole i przynosi tyle, ile potrzeba.
Co by się potem nie marnowało. Słowem, produkcja dostosowana do aktualnych wymagań rynku.
Oto jak nauka nie idzie w las.
piątek, 19 sierpnia 2011
Działkowa przedsiębiorczość
Scena dzieje się na progu naszego domku. Ząbek w utytłanych spodniach
i starej oprychówce, wsparty o framugę, niby chciałby coś sprzedać, ale handel idzie mu jakoś opornie, a na każdą propozycję najchętniej odparłby,
że się nie da. Mama z początku opanowana, szybko traci cierpliwość.
– Zobaczyłem dwa samochody, to się zastanowiłem i myślę, wejdę, zapytam,
czy może jagód nie trzeba. Zawsze to warto spytać, prawda?
– A przydadzą się, przydadzą.
– To co, wiaderko?
– Nie! No co pan! Słoik wystarczy, litr.
– No dobrze, to będę o 6.
– Ale nas o 6 nie będzie, bo jedziemy do Kazimierza. To może jutro rano pan wpadnie z tymi jagodami?
– Nie, jutro to tu nie będę.
– A nie może pan podjechać, przecież to dwa kroki ze wsi...
– No co pani, nie opłaca mi się.
– .... To niech pan zostawi jagody pod furtką. A my od razu teraz panu zapłacimy. Ma pan wydać?
– Nie.
– Uhhh... To proszę poczekać.
– Ale w co ja mam przesypać te jagody?
– A nie ma Pan słoika?
– Nie.
– To dam miskę, do miski pan przesypie.
– A jak ja będę wiedział, ile to litr, jak miska podziałki nie ma?
– No ale ja nie mam słoika.
– Aha... No to nie wiem... Bo ja z wiaderkiem chodzę na jagody...
– A nie może pan ze słoikiem pójść?
– No ale jak ze słoikiem? To nie wygodnie potem wieźć na rowerze.
– Uhhh... Dobrze, niech pan zaczeka, coś znajdę...
i starej oprychówce, wsparty o framugę, niby chciałby coś sprzedać, ale handel idzie mu jakoś opornie, a na każdą propozycję najchętniej odparłby,
że się nie da. Mama z początku opanowana, szybko traci cierpliwość.
– Zobaczyłem dwa samochody, to się zastanowiłem i myślę, wejdę, zapytam,
czy może jagód nie trzeba. Zawsze to warto spytać, prawda?
– A przydadzą się, przydadzą.
– To co, wiaderko?
– Nie! No co pan! Słoik wystarczy, litr.
– No dobrze, to będę o 6.
– Ale nas o 6 nie będzie, bo jedziemy do Kazimierza. To może jutro rano pan wpadnie z tymi jagodami?
– Nie, jutro to tu nie będę.
– A nie może pan podjechać, przecież to dwa kroki ze wsi...
– No co pani, nie opłaca mi się.
– .... To niech pan zostawi jagody pod furtką. A my od razu teraz panu zapłacimy. Ma pan wydać?
– Nie.
– Uhhh... To proszę poczekać.
– Ale w co ja mam przesypać te jagody?
– A nie ma Pan słoika?
– Nie.
– To dam miskę, do miski pan przesypie.
– A jak ja będę wiedział, ile to litr, jak miska podziałki nie ma?
– No ale ja nie mam słoika.
– Aha... No to nie wiem... Bo ja z wiaderkiem chodzę na jagody...
– A nie może pan ze słoikiem pójść?
– No ale jak ze słoikiem? To nie wygodnie potem wieźć na rowerze.
– Uhhh... Dobrze, niech pan zaczeka, coś znajdę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)